Strona główna arrow Cz. III Rytro-Folusz

Gościmy

Odwiedza nas 5 gości
Cz. III Rytro - Folusz
Redaktor: Joanna Gawryś   
25.07.2017.
Główny Szlak Beskidzki - cz. III
Rytro - Folusz (Beskid Sądecki i Niski) (2014)
 
Image
 
Image
 

Rytro – Cyrla – Hala Pisana (1043 m n.p.m.) – Hala Łabowska

W zeszłym roku dotarłyśmy do Rytra, a więc teraz z niego wyruszamy. Na początek znęciły nas „lody gatkowe” w miejscowej cukierni.

Image

Ale po pożarciu lodów- mobilizacja i naprzód marsz. Wspinamy się biegnącą przez wieś na zbocza Zamczyska (731 m n.p.m.). Nasz czerwony szlak omija ruiny, które chcemy obejrzeć, więc rozstajach na chwilę go porzucamy, by podążyć do ryterskiego zamku za drogowskazami. Droga zajmuje tylko kilka minut. Z zamku można podziwiać panoramę okolicy i wijący się w dole Poprad. Ruiny są nader malownicze i jak zawsze inspirujące – tym razem wymyślamy legendę pod tajemniczym tytułem „Goryczka przeznaczenia”.

Image

Rytro - widok z góry

Image

Ryterskie ruiny

Po obejrzeniu zamku wracamy na szlak czerwony, który prowadzi najpierw dość ostro pod górę i dalej już łagodniej do barwnego schroniska prywatnego na Cyrli. 

Image

Druga w stronę Cyrl, w dole błyska Poprad

Image

Schronisko na Cyrli

Image 

Liczne pożyteczne drogowskazy przed schroniskiem na Cyrli

Następnie wspinamy się przez las na Zadnie Góry i, jak to często nam się trafia w czasie wędrówki, dopada nas obsesja naleśnikowa. Czy jest jakaś piosenka o naleśnikach? Jakoś nie możemy sobie przypomnieć, ale ten brak zostaje szybko nadrobiony. Zanim dojdziemy długą granią na Halę Pisaną (1043 m n.p.m.), Ola wymyśli cztery zwrotki i refren naleśnikowej pieśni, którą wykonujemy chóralnie:

Bo naleśniki są lepsze od grochówki,

Nic nie osłodzi tak górskiej ci wędrówki…

Rulon, koperta – format nie ma znaczenia,

Bo naleśniki to raj dla podniebienia!

Droga aż do Hali Łabowskiej nie ma drastycznych przewyższeń, zdarzają się ładne widoki.

Schronisko na Hali Łabowskiej jest sympatycznym, niedawno odnowionym budynkiem i mieszka się w nim bardzo przyjemnie.

Image

Schronisko na Hali Łabowskiej

Hala Łabowska - Jaworzyna Krynicka – Krynica

Z Hali Łabowskiej wędrujemy granią, zdobywając po drodze Cisowy Wierch (982 m n.p.m.) i Runek (1079 m n.p.m.). Ten fragment szlaku prowadzi przez lasy, jest raczej łatwy, odludny i pozbawiony specjalnych widoków. Za to bystre oko Ani wyłapuje intrygujące okazy grzybów.

Image   Image

Image  Image

Image  Image

Grzyby, grzybki i grzybska w Beskidzie Sądeckim i Niskim  (niektóre spotkałyśmy później)

Zupełnie inna atmosfera panuje na Jaworzynie Krynickiej (1113 m n.p.m.), dokąd można dojechać kolejką gondolową i gdzie wśród całego kompleksu kolejkowo-schroniskowo-restauracyjnego kłębią się turyści w ilościach większych niż gdziekolwiek indziej na tym odcinku.

Za schroniskiem na Jaworzynie zaczynają się kłopoty: po pierwsze należy starannie śledzić oznaczenia szlaku, bo łatwo je zgubić, zwłaszcza gdy trasa niespodziewanie skręca w chaszcze. Po drugie, dalsza droga w dół, chwilami stroma (biegnie wzdłuż trasy narciarskiej), jest ślisko-błotnista, miejscami mocno rozjeżdżona, a miejscami pozagradzana zwalonymi drzewami, które pokonujemy wszelkimi sposobami, przełażąc nad nimi, pod nimi lub bokiem.

Image 

Image

Image 

Za Jaworzyną Krynicką - radzimy sobie, jak można.

Po całym dniu ten wymagający koncentracji, ale też sprytu odcinek jest dość męczący. Wreszcie u naszych stóp pojawia się bajkowa cerkiewka w Krynicy. Po pokonaniu stromego stoku wreszcie jesteśmy w mieście, tyle że nasza kwatera – jak się okazuje – znajduje się na jego przeciwległym końcu. Przed nami jeszcze ładny kawałek marszu...

Image

Cerkiew w Krynicy

Krynica – Huzary (864 m n.p.m.)– Mochnaczka – Banica – Ropki

Image

Dom zdrojowy w Krynicy

Image

Nie  może tu zabraknąć Nikifora

Image 

 Jest też szansa, by spotkać księcia

Rano rozkoszujemy się urokami uzdrowiska: udajemy się na kawkę w kawiarni w domu zdrojowym i oglądamy wille – niektóre urocze, niektóre – nowoczesne, eklektyczne twory – jakby nieco mniej. Co do słynnej „Patrii” Jana Kiepury, wybudowanej w latach 30., to w momencie powstania była pewnie szczytem nowoczesności i funkcjonalności oraz wzorem szlachetnej prostoty. Teraz wzbudza słabsze wrażenia; w każdym razie nas kiedyś - przy pierwszym obejrzeniu - zawiodła, bo skojarzyła się nam z blokiem. Ale, jak wiadomo, nadmiar ozdób i mieszanie stylów może szkodzić, i to bardzo.

Image

Willa Białej Róży - staroświecki wdzięk typowego stylu uzdrowiskowego

Image

Patria - przedwojenny modernizm w rozkwicie

Image

Hotel Victoria Cechini - balkony a la szwajcarskie uzdrowisko, przeszklony front a la nowoczesny wieżowiec i ogrodzenie a la starożytna sztuka chińska, wykończone zawijasami z kutego żelaza.  Kratownicy pośrodku nie umiem skojarzyć z konkretnym stylem.

Wreszcie opuszczamy miasto (z ulicy Pułaskiego za ul. Zieleniewskiego ścieżką w lewo) i skręcamy w las, pod górę – na zalesione Huzary (864 m n.p.m.), a po ponad godzinie - w dół, ku dolinie rzeczki Mochnaczki. Mamy zamiar przeprawić się przez nią w miejscowości Mochnacza Niżna. Jak wynika ze zdjęcia w naszym przewodniku, kiedyś jako mostek służył tam betonowy słup energetyczny. Ten jednak zawalił się i zamiast niego trochę dalej powstała nowa konstrukcja, też dość ciekawa, zwłaszcza, że jeden brzeg jest znacznie wyższy od drugiego i mostek jest stromy. Schodzić należy ostrożnie.

Image

Mosteczek w Mochnaczce Niżnej - przydaje się pomocna dłoń

 

Przekraczając dolinę Mochnaczki w zasadzie opuszczamy Beskid Sądecki, a wkraczamy w Niski. Zaglądamy jeszcze do miejscowej cerkwi i zaczynamy wspinać się na Mizarne, a potem Słodywiec (626 m n.p.m.). Widoki na Mochnaczkę są tak bajeczne, że aż się chce iść tyłem, by nie tracić ich z oczu.

 Image

Cerkiew w Mochnaczce

 Image

Image 

 Image

Widoki z Mizarnego

Jednak warto patrzeć w różne strony: przed nami po prawej imponująca sylwetka Lackowej  (997 m n.p.m.), której tym razem zdobywać nie będziemy, gdyż GSB ją omija  - a nieco bliżej wieże kościoła w Izbach.

Image

Image 

Główny Szlak Beskidzki omija Lackową, ale można ją podziwiać z oddali

Wspiąwszy się na Słodywiec, schodzimy stromo w dolinę. Czeka nas kolejna przeprawa przez rzekę, Białą – tym razem bez mostu, jednak stan wody akurat nie jest wysoki. Zamoczenie nóg w chłodnej wodzie było szalenie kuszące, ale kto nie chciał ryzykować późniejszych obtarć, bez trudu mógł przeskoczyć suchą stopą po kamieniach. Dalej droga meandruje między pagórkami i wzdłuż trasy rowerowej (chwilami naprawdę stromej) w dół do maciupkiej miejscowości Ropki. Tam nocujemy w gospodarstwie, które sprawia wręcz idylliczne wrażenia. Kamienno-drewniany dom, dobre jedzenie, konie, perliczki, piękne krajobrazy dookoła, zainteresowani lokalną historią rodzice i dzieci, które wydają się mieć tutaj dzieciństwo jak w Bullerbyn.

 

Image

Ropki są naprawdę malutkie

 

Ropki – Hańczowa – Kozie Żebro – Rotunda – Zdynia

Po obfitym śniadanku żegnamy gościnnych gospodarzy i wzdłuż szosy podążamy za szlakiem do Hańczowej. Tamtejszą zabytkową cerkiew oglądamy z zewnątrz (akurat trwa nabożeństwo). Cerkiew służy parafii prawosławnej.

Image

Malownicze okolice Hańczowej

Image 

Cerkiew w Hańczowej

Tutaj żegnamy Olę, która musi już wracać do domu. Reszta grupy idzie dalej. Na naszej drodze kolejny nietypowy most, tym razem na rzece Ropie.

Image

Potem czeka nas jeszcze wiele przepraw przez meandrujące i rozgałęzione strumyki, na szczęście dostatecznie płytkie, by można pokonywać je w miarę suchą stopą. Nasz szlak ma tu tendencję do kluczenia i zanikania na rozwidleniach ścieżki. Podążanie nim sprawia trochę kłopotów - lawirując między krzakami w jego poszukiwaniu na koniec lądujemy na pastwisku z bykiem. Na szczęście ten uprzejmie nie zwraca na nas uwagi. Przebywszy te trudności idziemy wzdłuż szosy, potem drapiemy się na Kozie Żebro (847 m n.p.m.). Po ostrym podejściu i równie ostrym zejściu odpoczywamy chwilę w studenckiej bazie namiotowej i wspinamy się – już mniej męcząco – na Rotundę (774 m n.p.m.), gdzie znajduje się jeden z cmentarzy wojskowych z czasów I wojny światowej. Niedawno odbudowano na wzór oryginalnych dwie z trzech drewnianych wież pośrodku cmentarnego kręgu. Ostatnia, na razie tylko w formie szkieletu dawnej konstrukcji, też pewnie tego doczeka. Miejsce to – podobnie jak inne cmentarze wojskowe w Beskidzie Niskim – ma swoją szczególną atmosferę.

Image

Cmentarz wojskowy na Rotundzie

Łagodne zejście sprowadza nas do miejscowości Ług i dalej, wzdłuż szosy, ale poza szlakiem, do Zdyni. Tym razem ośrodek wypoczynkowy, w którym nocujemy, silnie kojarzy się z wczasami FWP, tak że na pewno nie możemy narzekać na brak różnorodności kwater.

 

Zdynia -Wołowiec – Bartne

Rano wracamy szosą na szlak, który - kolejna ciekawoska - każe nam skręcić na ogrodzone pastuchem elektrycznym pastwisko. Nasza grupką krowy nie są  zainteresowane, jednak podążający w tą samą stronę turysta ma pewne trudności ze swoim psem. Na szczęście Ania, która niejedne wakacje spędziła u rodziny na wsi, potrafiła odwrócić uwagę bydełka tak, że udało się przeprowadzić psa bez konfliktów. Jak się dowiadujemy,właściciel znalazł go kilka dni wcześniej na górze Huzary i, jako że od dawna już chciał mieć czworonoga, wziął go sobie. Na cześć góry nazwał go Huzarem i właśnie przyzwyczajał do wędrownego spędzania wakacji.

Image

Podejście na Popowe Wierchy (685 m n.p.m.) jest strome, lecz raczej krótkie, potem łagodnie złazimy ku wiosce Krzywa (należy zboczyć ze szlaku niecałe 2 km). Jest tam do obejrzenia drewniana cerkiew, poza tym okolica słynie podobno z kamieniarzy - przykłady ich dzieł można zresztą obejrzeć na miejscowym cmentarzu.

 

Image

Image 

Cerkiew w Krzywej

Image

Image

Dzieła krzywskich kamieniarzy

Wracamy na szlak i przeprawiamy się przez rzeczkę. Mostku nie ma, więc należy znaleźć sobie wygodne miejsce do przeprawy po kamieniach. Idziemy teraz płaską, lesistą dolinką między górami.

Image 

Dobrze jest przedrzeć się przez strumień, nie mocząc butów.

Ścieżka biegnie wzdłuż rzeczki, czasem ją przecinając. Jest przy tym tak błotnista i kałużasta, że temu odcinkowi drogi nadajemy imię Wodnika Szuwarka. Dalej dajemy się zwieść asfaltowej drodze, która wyprowadza nas głęboko w las i daleko od ostatniego oznaczenia szlaku. Na szczęście obfitość jeżyn na poboczu rekompensuje ten niepotrzebnie przebyty odcinek.

Wróciwszy na właściwą ścieżkę, już bez przeszkód i dość łatwą trasą przybywamy do Wołowca - tu atrakcją jest zabytkowa cerkiew, niestety w porze naszej wizyty zamknięta na głucho. Oglądając ją, wspominałyśmy historię o Janie i Mareszce (patrz Nasze legendy) Wkrótce natykamy się na szyld zapraszający na naleśniki – nie opieramy się pokusie i zbaczamy ku gościnnej chatce na obiad, bo naleśniki to danie, o którym w górach marzymy najczęściej.

Image 

Potem jeszcze czeka nas kawałek drogi do bacówki Bartne przez łąki, lasy i wreszcie samą wieś Bartne.  Po drodze mija nas typowy w Beskidzie Niskim sklep spożywczy na kółkach. W końcu docieramy do niedużego budynku bacówki. Nie oferuje on luksusów, ale ma przyjazny, turystyczny klimat.

Image 

Sklep spożywczy z Beskidu Niskiego

 

Bartne – Magura – Folusz/Krempna

Image 

Na dobry początek dnia wracamy do wsi Bartne obejrzeć zabytkową cerkiew. Jest przepiękna, niestety zwiedzać można ją dopiero od 10.00, a to dla nas za późno. Musimy się kontentować widokiem z zewnątrz.Następnie wracamy do schroniska i wyruszamy w stronę Krempnej.

Image

Image 

Image 

Cerkiew w Bartnem i położony obok cmentarz

Pogoda, dotychczas bardzo dla nas łaskawa, popsuła się. Leje. Płaska droga z bacówki Bartne do przełęczy Majdan rozmięka i zamienia się już nie w błoto, ale w moczary. Skaczemy po wystających z wody kępach traw, a że szlak, jak to się często zdarza, oznaczony jest beznadziejnie, czasem krążymy po tych moczarach w kółko.  Podejście na Magurę Wątkowską (842 m. n.p.m.) jest zbyt strome, by mogła tam stać woda, za to trzeba uważać, żeby po błocie nie ześlizgiwać się z powrotem. Moim osobistym zyskiem z tej części wyprawy jest widok salamandry, dostojnie kroczącej pod górę. Po dobrnięciu na Magurę przemoczone do suchej nitki reanimujemy się w wiacie turystycznej i podejmujemy zdroworozsądkową decyzję: zamiast brnąć naprzód, schodzimy zielonym szlakiem do miejscowości Folusz. Towarzyszy nam ścieżka przyrodnicza. Droga od pewnego miejsca jest asfaltowana i płynie nią szeroki strumień. Z Folusza udaje się nam złapać jeszcze autobus do Jasła (odjeżdżający około 15.00 i chyba ostatni tego dnia - nie jeździ ich tutaj zbyt wiele). Tam rozdzielamy się – mnie sprawy rodzinne wzywają już do domu, toteż zostaję w Jaśle, by nazajutrz rano odjechać na północ; Ania i Joanna docierają do Krempnej, gdzie spędzą jeszcze jeden słoneczny dzień. Ciąg dalszy wyprawy nastąpi - za rok.

 Image

Image

Image

Na zakończenie - beskidzkie  krzyże przydrożne

Image

Image 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 
 
Zmieniony ( 28.07.2017. )
 
następny artykuł »